Dziecko w Alpach? Czemu nie?!

Dziecko w Alpach? Czemu nie?!

Co jakiś czas wracam do naszych zdjęć z podróży.
Lubię wracać do takich wspomnień, dzięki nim czuję, że naprawdę żyję nie tracąc czasu na stawianie sobie, na własne życzenie, barier trudnych do przeskoczenia.

Podróżowanie zawsze mnie kręciło. Zostanie Mamą nigdy tego nie zmieniło. Powiedziałabym, że nawet jeszcze bardziej rozpaliło ten podróżniczy ogień.

Jako dziecko nie zobaczyłam za wiele. Pęd do zwiedzania nowych miejsc nadrabiałam odkąd poszłam na studia. Sporo już zwiedziłam, ale jak myślę o tym ile jeszcze przede mną...mam ciarki! :)

Mojemu dziecku chcę pokazać jak najwięcej!
Lubimy z M. wcielać się w rolę przewodników -oprowadzaczy, lubimy opowiadać o miejscach, w których aktualnie jesteśmy, lubimy razem podróżować.

Iga swoją pierwszą krótką podróż odbyła w wieku...10 dni :) Pojechaliśmy prawie 100 km dalej na pokaz lotniczy. Latające z ogromnym natężeniem dźwięku odrzutowce - nie przeszkadzały jej w spaniu:)
Z kolei na pierwszą wędrówkę po górach ruszyliśmy gdy Iga miała niecały rok.

Muszę przyznać, że wędrówki z takim małym dzieckiem są o wiele łatwiejsze niż z takim kilkuletnim, które już samo potrafi chodzić i jest dosyć ciężkie, żeby na dłużej nieść je na rękach.
Teraz długość i tempo naszych wycieczek musimy dostosować do małych, aczkolwiek bardzo sprawnych, nóżek Córci, wcześniej po prostu braliśmy ją w  nosidło, a ona na przemian podziwiała widoki, albo spała.

Mam w swoim otoczeniu ludzi, których rodzicielstwo zamknęło w czterech ścianach, a czasem odcięło nawet od innych osób. Nie ruszają się dalej niż spacer wkoło bloku,w  którym mieszkają - wszystko tłumacząc tym, że przecież mają dziecko.
Staram się to zrozumieć, choć przychodzi mi to z ogromnym trudem, bo to właśnie najlepszy czas na pokazanie dziecku świata z dobrej strony...zanim dopadną go złowieszcze media wciskające nam w głowę wszelkie zło naszego globu.
Ale to już wybór nas - dorosłych.
Ja wybrałam inaczej i pierwsze żniwo zebrałam już jakiś czas temu.

Dzisiaj chciałam Wam pokazać, że z dzieckiem można pojechać też w wysokie góry. Wystarczy znaleźć odpowiednią trasę, dopasowaną do naszej kondycji - a takich na świecie nie brakuje!

Swój pierwszy trzytysięcznik Iga zdobyła mając nieco ponad 2 latka. Część drogi przebyła w nosidełku, a część na nóżkach . Przy czym - oprócz drobnego wspinaczkowego fragmentu- całą drogę w dół przeszła sama :)
Oczywiście dopasowaliśmy trudność drogi do jej i naszych możliwości! Z perspektywy czasu oceniam, że taką trasę spokojnie może przejść nawet osoba ze słabszą kondycją.
Widoki tego dnia były cudne! Spektakl chmur, światła i cieni!

Gdzie w takim razie jest ten szlak dla każdego?

Włochy- Prowincja Brescia. A my zdobyliśmy szczyt Monte Gavia (3223 m)

Dla ścisłości dodam, że babska część wyprawy zatrzymała się na przedwierzchołku, na wysokości 3083 m, a chłopcy poszli dalej na szczyt.

Dlaczego zostałyśmy?
Bo końcówka trasy wiąże się ze wspinaczką w kominie.
Nie mieliśmy wtedy odpowiedniego sprzętu dla Igi, więc zostałyśmy niżej, ale widoki zrekompensowały nam to ukłucie, że nie jesteśmy na samym szczycie, choć tak niewiele drogi nam zostało.

Jak się dostać na górę?

Nic prostszego! Możemy podjechać samochodem , po pięknej, pełnej serpentyn drodze do przełęczy Passo di Gavia na wysokość  2621m, a dalej pójść, całkiem przyjemnym szlakiem do góry :)

Jeśli nie jesteście przekonani, czy widoki są warte ceny zmęczenia i lekkiej adrenaliny polecam spacer...: po Alpach!

Na deser jeszcze kilka fotek z naszej wycieczki :)








Tydzień z medycyną..

Tydzień z medycyną..

...a właściwie dwa!

Od dwóch tygodni codziennie ( z wyjątkiem sobót i niedziel)...podkreślam CODZIENNIE mam jakąś wizytę u lekarza lub badanie.
W tej dziedzinie pobiłam nawet hipochondryków!

Każda wizyta rodzi kolejną.
Jeden specjalista wysyła na konsultację do 3 następnych.
I tak ciągnie się to bez końca, a ja ani o milimetr nie zbliżam się do właściwej diagnozy.

Nie chodzi przecież o zdiagnozowanie grypy,
ale o zmniejszenie ryzyka kolejnych udarów, które tym razem mogą okazać się mniej łaskawe dla mnie.

Niestety częściowa diagnostyka obejmuje wizyty na NFZ i właśnie po raz kolejny z bólem zderzam się z systemem, na który co miesiąc płacę duże składki, a kiedy przychodzi co do czego, muszę czekać w niebotycznych kolejkach!!
Największe ryzyko udarów przypada na pierwsze 3 miesiące po TIA, tymczasem zaraz minie drugi,a  my dalej nie znamy przyczyn.

Obracam monetę, żeby nie zwariować i myślę sobie, że skoro nie zdarzyło się do tej pory to mam coraz większe szanse na to, że nie zdarzy się wcale!
Minie jednak jeszcze trochę czasu zanim odetchnę spokojniej.

Patrzę na mojego ojca i widzę, jak ta choroba potrafi zmienić życie. Z silnego, niezależnego faceta w ciągu 5 miesięcy zmienił się w człowieka całkowicie uzależnionego od innych.

Uzależnienie jest niestety ponad moje siły. Odczuwam to boleśnie podczas zwykłych , codziennych spraw. Jak choćby dzisiaj- brak miejsca parkingowego przy laboratorium. Następny parking 200 metrów dalej.
Wysiąść przy bramie laboratorium i iść sama ryzykując upadek czy jechać z M. i przejść dłuższy odcinek ryzykując większy ból i drętwienie nogi?
Dylemat, jakich ostatnio mi nie mało!

Na szczęście wyszło dzisiaj słońce. I prognozy wyglądają obiecująco.
Przetrwam.

*********
I wygraliśmy mecz!! :)


Od zera do milionera- czyli weekend z planszówkami!

Od zera do milionera- czyli weekend z planszówkami!

Gry planszowe odkryliśmy na nowo jakieś 3 lata temu. Od tamtej pory na stałe weszły do programu naszych rodzinnych rozrywek.
Kolekcja rozrosła nam się do tego stopnia, że pudła leżą nie tylko na półkach, ale i na biurku, górach szafek i podłogach.

Prawie każda z posiadanych przez nas gier ma podwójne życie - oryginalne i stworzone przeze mnie ;)
Lubię wykorzystywać gry w czasie szkoleń, które prowadzę. Pełnią wspaniałą funkcję rozrywkowo - edukacyjną, ale te przeznaczone dla dzieci muszę przystosować do percepcji dorosłych osób :)

Od kilku dni wieczory spędzamy z ...My Little Pony!
O ile sama bajka nie przypadła mi szczególnie do gustu i nie ma dla mnie żadnej wartości wychowawczej, o tyle kucyki wykorzystane w grze bardzo mi się podobają.
Ponieważ Iga, jak i żeńska połowa jej przedszkola zachwyca się konikami, wykorzystaliśmy ten fakt, żeby podciągnąć jej umiejętności ekonomiczne i ..matematyczne :) Przy okazji sami dobrze się przy tym bawimy, choć muszę przyznać......, że nam- rodzicom- udało się wygrać...raz! Iga czuje się jak ryba w wodzie na rynku finansów i jak prawdziwy potentat rządzi w Ponyville :)

Dzisiaj rano podnieśliśmy poprzeczkę i do akcji wkroczył Super Business. Pamiętacie tą grę? Lub jej odmianę Eurobusiness? Większa kasa do dyspozycji, niełatwe decyzje do podjęcia...i okazja do nauki o wartości pieniądza jak i samej walucie :) 
A przy okazji świetna zabawa dla całej rodziny!
Muszę przyznać, że Iga poradziła sobie świetnie! Przy okazji poćwiczyła dodawanie i odejmowanie między 100 a 1000! 
Czy wyobrażacie sobie lepsze okoliczności przyrody do nauki matematyki niż przyjemne granie w słodkiej niewiedzy, że właśnie nabywamy nowe umiejętności? :)

Jak to w dobrej rodzinie bywa- dorośli też powinni mieć swój obszar rozrywki! :)
Nie wyłamując się z klimatu finansów i inwestowania wróciliśmy do Cashflow. Nie graliśmy w to od wieków, więc wczoraj postanowiliśmy nadrobić to z nawiązką :)
Rozegraliśmy trzy partie zarywając noc, ale...bawiliśmy się świetnie! Z tego wszystkiego zapomnieliśmy, że być może będziemy musieli odbyć nocny kurs samochodem po rodziców, a to groziło przerwą w grze! Gdy sobie to uświadomiliśmy przeżyliśmy chwilę grozy! Na szczęście nie było takiej konieczności! ;)
Sama gra- rewelacyjna! Polecam! 
Uczy zarządzania finansami, inwestowania uwzględniając przy tym warunki przeciętnego człowieka- czyli kredyty, rachunki, utrzymanie dzieci , koszty wakacji i inne nieprzewidziane wydatki.

Nie mogę się doczekać dzisiejszej rozgrywki!

A Wy macie jakieś ulubione gry?
A może coś mi polecicie? Chętnie poszerzę swoją giercownię o nowe pozycje! :)

Dobrego weekendu!


Moje terytorium

Moje terytorium

Kto je przekroczy ładując się do środka  z butami może być zaskoczony.
Bronię tej przestrzeni jak lwica.

Nie łatwo narzucić mi swoje zdanie jeśli łamie ono poczucie mojej niezależności.
A niezależność dla mnie...to rzecz święta.

Odkąd pamiętam starałam się radzić w życiu sama,
być samowystarczalna.
W razie kryzysów spadałam na cztery łapy.
Przyzwyczaiłam się do tego komfortu,
Do tego, że jestem sobie panem i władcą.

Sporo się zmieniło gdy założyłam rodzinę, ale  nadal jest jakiś obszar, który pozostaje tylko mój.
Ze słodkiej dziewczynki potrafię zamienić się w zołzę kiedy ktoś nie pytając mnie o zdanie wprowadza swoje rządy, którym muszę się poddać.
Gryzę wtedy, bronię swego, staję się jeszcze bardziej na nie.
Za bardzo cenię sobie to, co udało mi się przez lata wypracować i nad czym nadal ciężko pracuję, żeby oddać we władanie innych osób bez powodu.

Mogę podzielić się władzą tylko jeśli uda się wypracować kompromis.
Mój komfort, jeśli  nie krzywdzi w żaden sposób innych ludzi, jest rzeczą bardzo ważną!
Twój też powinien być!

Nie daj sobie wmówić braku decyzyjności,
stanowienia o sobie.
Rozmawiaj, podejmuj dyskusję, będąc jednocześnie otwartym na poglądy innych.
Bo jak mówi powiedzenie ...tylko krowa nie zmienia zdania!
Najważniejsze jednak, żebyś miał możliwość wypowiedzenia się, zanim inni zdecydują za ciebie!

********************

Wiedzieliście, że potrafię być zołzą?

To już wiecie! :)

*******************

Jutro kardiolog.
Czuję, że poziom informacji po jutrzejszej wizycie będzie dokładnie taki sam, jak po wyczekanej wizycie u audiologa.
Nie tracę jednak nadziei ;)



Gdy przychodzi noc...

Gdy przychodzi noc...

Noce nie mają końca.
Ciągną się jak flaki z olejem.
Przekręcam się z boku na bok, pojękuję możliwie najciszej, żeby nie zbudzić M., siadam na łóżku i czekam....
... na poranek, na koniec, na alternatywę.
W dzień łatwiej oswoić ból.

W sypialni półmrok,
w oknach odbijają się światła ulicznych latarni,
spokojne oddechy mojej rodziny,
cisza piszczy mi w uszach.

Czuję każdą najmniejszą kostkę w ciele,
bolą kolana,
boli nadgarstek,
rwie kręgosłup,
głowa nie boli od święta.

Nie pomaga kawa.
Ta kawa, którą znów muszę odstawić,
bo żołądek protestuje.

Efekt domina,
rzeczy sypią się jak domki z kart,
a ja mogę myśleć tylko o jednym...
żeby wyjechać!
Na chwilę oderwać się od miejsca, które od jakiegoś czasu wygląda jak szpital polowy.
Naładować akumulatory.
Poczuć wiatr na policzkach,
popatrzeć na góry....

...i z góry
nabrać dystansu,
żeby ruszyć dalej.

Myśli powędrowały setki kilometrów dalej niż ciało,
a tylko będąc razem są w stanie przekuć wyobrażenie w rzeczywistość.

Dlatego, ciało - weź się do roboty!
Zdrowiej!


Jak szybko stać się bogatym?

Jak szybko stać się bogatym?

Jak to jest być bajecznie bogatym? Pewnie nie raz ta myśl przemknęła Ci przez głowę.
I nic dziwnego. Codzienna kolorowa prasa, telewizyjne programy, możliwość podglądania miliarderów w mediach społecznościowych daje nam poniekąd wgląd w ich codzienność. Sama uległam medialnej presji i obejrzałam całą serię "Najbogatsi ludzie w Europie".

I może właśnie to pchnęło mnie do krótkiej refleksji.

Kiedyś w Internetach trafiłam na taki mem, w którym czołowe fashionistki pozują do zdjęć wrzucanych na Instagram z mikro porcją zieleniny na talerzu, po czym zjadają ogromnego hamburgera z frytkami zapijając puszką Coca -Coli.
Kto z nas nie podrasowywał swoich zdjęć wrzucanych na Facebooka i nie naginał nieco rzeczywistości niech pierwszy rzuci kamień.

Kolorowe i na pierwszy rzut oka bajeczne życie bogaczy też ma swoje drugie dno. Drugie dno, którego nikt nie chciałby pokazywać. Warto więc pamiętać o przewrotności powiedzenia, że "wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma".

Zastanawiam się czy dobrze się stało, że świat tak się skurczył i wygodnie siedząc w fotelach możemy podglądać życie innych ludzi. Z nieukrywaną frustracją wypowiadamy oskarżenia o wydawaniu ogromnych pieniędzy na buty, torebki, wózki, śpioszki, okulary znanych marek.
Tymczasem bogacze to jedna z bardziej sfrustrowanych i nieszczęśliwych grup społecznych!
W pogoni za pieniądzem, za jak najwyższą lokatą w rankingach najbogatszych zapominają o tym, co w życiu najważniejsze. Przecież wielu z nich od dawna nie musi pracować, a jednak wciąż deklarują pracę do późnych lat. Fakt, w przypadku jednych wynika to z pasji, w przypadku innych z niezdrowo napędzanej przez całe życie rywalizacji i pożądania posiadania "więcej". Szczerze wątpię czy ta druga grupa osiągnie kiedyś stan spełnienia. To bieg, który nigdy się nie kończy, a więc jak można poczuć się zwycięzcą?

Zamiast przeglądać profile innych ludzi,analizować ich sytuacje, zazdrościć cudzego życia - przyjrzyj się swojemu. Jesteś bogatsza/y niż Ci się wydaje. Wystarczy, że to docenisz!

Nasze szczęście, bogactwo, spełnienie zaczyna się w naszej głowie!
Przyznaję, że pieniądze są potrzebne i ułatwiają pewne rzeczy.
Nie wszyscy jednak mają miliony na kontach, za to wszyscy mogą być bogaci.

O bogactwie nie świadczy zasobność portfela , ale to kim jesteś i jak się czujesz ze swoim życiem.
Zamiast skupiać się na tym czego nie masz- doceń to co już osiągnęłaś/ osiągnąłeś. 
A jeśli chcesz więcej- uzbrój się w cierpliwość, konsekwencję i popracuj nad tym, a z dużym prawdopodobieństwem osiągniesz zamierzony cel!

Powtórzę się wymieniając to, co udało mi się osiągnąć, ale to jest właśnie moje BOGACTWO, którym chcę się chwalić!
Mam cudowną Córkę, upartego lecz czarującego Męża, troje oddanych Przyjaciół,fajną pracę, dwie zdrowe ręce, zdrowe oczy, pasję, niewielkie oszczędności, spokojne, skromne życie  i wiele marzeń, które powoli aczkolwiek konsekwentnie realizuję.
Mogę się obyć bez zasobnego konta - nie mogłabym jednak żyć bez całej reszty!

od biedaka do milionera



Plan bez planowania

Plan bez planowania

Mówi się, że szewc boso chodzi. Coś jest w tym powiedzeniu. Doświadczam tego w moim własnym, małym światku.

W mojej pracy zawodowej pracuję z  ludźmi nad szukaniem celów, formułowaniem ich, rozkładaniem na mniejsze etapy  aż do ich realizacji.
Z szuflad wysypują mi się narzędzia, które w tej pracy są niezbędne. Na sesje przychodzę przygotowana, niosąc ze sobą ryzę kartonu i mazaków.
Każdy cel jest rozpisany zgodnie z koncepcją SMART. Każdy najmniejszy fragment prowadzący do następnego kroku ma swoje miejsce na kartonie.
Wiem z doświadczenia, że zwykła czynność - jak zapisanie swoich planów, postanowień na kartce- ma siłę sprawczą i mobilizuje niektórych do działania.

Tymczasem owy "szewc" nigdy nie skorzystał z tej świetnej metody pracy nad własnym rozwojem.
Kto wie? Może gdybym kiedyś rozpisała swoją ścieżkę kariery - byłabym gdzie indziej?
Nie wiem. Nie oceniam tego.

Należę do ludzi, którzy wiedzą czego chcą i konsekwentnie do tego dążą. Nie muszę nic zapisywać na kartkach, snuć długofalowych planów - wystarczy mi zapis gdzieś na poziomie neuronów.

Najbardziej jaskrawym przykładem moich działań jest moja "mini kariera" w korpo.

Zaczęło się banalnie. Wracałam z zajęć na studiach kiedy moją uwagę przykuł jeden ze szklanych budynków. Pomyślałam, że chciałabym tu pracować. Kiedy dotarłam do domu, podpytałam wujka google co się tam mieści i dwa miesiące później byłam już pracownikiem jednej z rezydujących tam firm. Już w pierwszych dniach pracy dokładnie wiedziałam czym docelowo chcę się w tej firmie zajmować. Moja wizja stała się faktem,a praca moją pasją przynoszącą mi mnóstwo satysfakcji!

Chwilowo nie snuję kolejnych planów, bo to, co robię pochłania mnie tak bardzo, że nie wyobrażam sobie robienia czegoś innego. Czuję, że jeszcze wiele mogę się nauczyć zanim ruszę dalej.

W jakim kierunku zrobię kolejny krok?
Nie wiem.
Ważne, że jestem przekonana do tego, że uda mi się to osiągnąć.
Być może właśnie ta pewność jest kluczem do sukcesu?
Nie zastanawiam się czy mogę coś zrobić, czy to jest dla mnie, czy się sprawdzę, czy dam radę. Nie analizuję, nie gdybam...po prostu działam.

Nie wykluczam, że kiedyś siądę z kartką. Że następy cel będzie tak złożony i odległy, że trzeba go będzie rozpisać na mniejsze kroczki, żeby się nie pogubić. Ale póki co jest mi dobrze z tym co mam.

Czasem zastanawiam się co przeważyło u mnie, który z czynników był/jest decydujący, który doprowadza mnie do realizacji tego, co sobie w głowie zaplanuję. Może to upór, może konsekwencja, może z trudem zdobywana pewność siebie ( wciąż w niewielu kwestiach, ale jak już jest to murowana), może ta moja przerysowana do granic możliwości perfekcja, a może wszystko po trochu?
Najważniejsze jest jednak to- że działa.

A Wy planujecie?
Rozkładacie na czynniki pierwsze?
Jak osiągacie to co urodziło Wam się w głowach?


Copyright © 2014 Kreatorka Szczęścia , Blogger